Menu

Moje refleksje na temat pomagania w Kenii

Można nie pomagać, można znaleźć wiele racjonalnych argumentów dla konkretnych przypadków, aby nie pomagać. Ale to nic nie zmieni. Nadal będą głodni, chorzy, cierpiący, potrzebujący. Lepiej zgrzeszyć nadmiarem dobroci i naiwności, niż nadmiarem kalkulacji i nieufności.

- o. Fabian Kaltbach


Jesteśmy ludźmi z dość dużym doświadczeniem życiowym (50 lat życia za mną), przeszliśmy długą drogę pełną dobrych doświadczeń, osiągnięć i sukcesów, napotykaliśmy także w naszym życiu trudności. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że należymy do osób spełnionych, zarówno w sferze zawodowej jak i osobistej. W swoim środowisku cieszymy się dużym zaufaniem i poszanowaniem i nie są to tylko puste słowa – to właśnie od naszych przyjaciół i znajomych, a czasem wręcz od obcych osób dostajemy energię do działania. W naszym życiu nadszedł czas, że możemy i chcemy podzielić się odrobiną szczęścia z innymi ludźmi – zachęcamy też innych „żeby zrobić miejsce na ławce życia”. Doskonale pamiętamy czasy, kiedy to inne, bogatsze kraje „Zachodu” wspomagały biedne dzieci w Polsce i przekazywały do nas masowo: masło, ser, czekoladę, słodycze, makaron, ryż, ubrania, koce (sic!), zabawki, przybory szkolne i wiele, wiele innych potrzebnych i często niedostępnych wówczas w naszym kraju rzeczy. Nikt z tych darczyńców nie mówił wtedy, że należy „dawać wędkę, a nie rybę” tylko reagował na nasze najpilniejsze potrzeby. Ja osobiście, mam takie poczucie, że my Polacy, między innymi właśnie ja, zaciągnęliśmy swoistego rodzaju dług, który teraz zaczynam spłacać. Spłacam go nie tym od których go zaciągnęliśmy, ale tym którzy teraz są w potrzebie i znaleźli się na mojej drodze. Tak jak kiedyś, ktoś pomagał nam w Polsce, tak my obecnie pomagamy potrzebującym dzieciom w Kenii, mając jednocześnie świadomość, że istnieją na świecie ludzie być może bardziej potrzebujący. Nie szukamy innych, tylko pomagamy tym których spotkaliśmy i dostrzegliśmy ich potrzeby. Jeśli zatem, ktoś czuje taką potrzebę, żeby przyłączyć się do działalności naszej Fundacji Kenya Asante Sana Polska, to bardzo gorąco zachęcam. Proszę mi wierzyć, że Fundacja to nie jest sposób na dorobienie się pieniędzy, bo te zarobiliśmy i nadal zarabiamy będąc stale czynnymi zawodowo, to jest wyraz solidarności, empatii i poszukiwania wartości w ludziach, którzy mając trochę mniej szczęścia niż my urodzili się w ubogiej Afryce. My osobiście, jesteśmy w stałym (codziennym!) kontakcie ze społecznością liczącą około stu osób, na bieżąco śledzimy ich sytuację, w miarę potrzeby reagujemy, a także relacjonujemy to, co się dzieje w „naszych” wioskach. Pokazujemy nasze konkretne działania na rzecz konkretnych osób i bynajmniej nie są to dzieci, o których ktoś nam powiedział, że są głodne i nie są to ludzie, którzy wyciągają ręce po pomoc. Nasi kenijscy przyjaciele, to ludzie honorowi, pełni godności i z pokorą i cierpliwością znoszący los z jakim przyszło im się zmierzyć. Historie i relacje tzw. „life” można znaleźć na naszej stronie internetowej oraz na Facebooku.

Kenia, to kraj ogromnych kontrastów, kontrastów widocznych wszędzie i na każdym kroku. Tutaj skrajna, podkreślam skrajna, bieda przeplata się z bogactwem. W takich miejscach jak przedmieścia Nairobi nikogo nie dziwią bezdomne, nawet czteroletnie, dzieci, które mieszkają pod kawałkami blachy, a żywią się tym, co znajdą (lub nie) na ulicy i/lub na śmietnikach. Takie miejsca jak Kibera – największy slums Afryki zlokalizowany na obrzeżach stolicy Kenii, czy dzielnica biedoty – Likoni, przez którą trzeba przejechać, żeby z lotniska w Mombasie dostać się na jedną z najpiękniejszych plaż Afryki Diani Beach, chyba znane są większości tych osób, które choć trochę interesują się Afryką. Warunki życia oraz liczba zamieszkujących tego typu miejsca są niewyobrażalne dla przeciętnego Europejczyka. Największe, legalne wysypisko śmieci zlokalizowane w pobliżu grobli ciągnącej się wzdłuż drogi na południe od Mombasy jest miejscem życia kilkuset osób, kobiet w ciąży i małych dzieci. Nam, pomimo dość dużego już doświadczenia, nie wystarcza czasem wyobraźni, żeby zrozumieć to co widzimy, żeby uwierzyć w to, czego się dowiadujemy od naszych przyjaciół i znajomych z Kenii. Naturalne warunki życia, pory deszczowe przeplatane bardzo suchymi i upalnymi okresami nie stwarzają dogodnych warunków do uprawy i hodowli. Trzeba wiedzieć, że pora deszczowa (jeśli w ogóle występuje), to przynosi opady bardziej niszczące niż nawadniające oraz powoduje rozwój niezliczonej ilości insektów i owadów, czyli w efekcie następują po niej choroby, głód i śmierć. Pod koniec ostatniej pory deszczowej, która generalnie występuje w okresie kwiecień-czerwiec, a w tym roku była wyjątkowo długa i intensywna, jedna z naszych znajomych – nauczycielka z najstarszej szkoły w Ukundzie – napisała do nas maila, a w nim m.in. zdanie: The rain is too much but we thank GOD that we are alive (pisownia oryginalna). Zapadalność na choroby w Kenii, a także brak dostępu do podstawowej opieki medycznej są przyczyną wysokiej umieralności wśród noworodków, dzieci i dorosłych. Na domiar złego dochodzi jeszcze analfabetyzm, wynikający z ograniczonego – głównie ze względów finansowych – dostępu do edukacji. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Kenia, jak zdecydowana większość krajów afrykańskich, jeszcze nieco ponad 50 lat temu, była kolonią – początkowo portugalską, później arabską, a na koniec brytyjską – do dzisiaj widać zacofanie, które wynika z tego faktu. Kraj po latach niewoli, rabunkowej gospodarki kolonizatorów próbuje się rozwijać – my Polacy wiemy, co oznacza brak niepodległości i rządy obcych państw. Na dodatek dochodzi jeszcze korupcja, która w Kenii jest tak rozwinięta, wręcz zinstytucjonalizowana. Kraj ten od wielu lat znajduje się w niechlubnej czołówce i zajmuje wysokie, 145 (na 176 państw) miejsce na liście najbardziej skorumpowanych państw świata. Podkreślić należy, że w Afryce wschodniej tylko 3 państwa są pod tym względem w gorszej sytuacji. Na koniec, trzeba powiedzieć, że różnorodność etniczna i plemienna Kenii również nie sprzyja rozwojowi. Żyje tam ponad 40 różnych plemion, a od wielu lat jedno z nich i to nie najliczniejsze, posiada prawie pełną kontrolę nad krajem i nie pozwala na rozwój pozostałych plemion.

Kenia to głównie kraj rolniczy, ale grunty rolne zajmują zaledwie 4% powierzchni kraju, wynika to głównie ze skrajnie trudnych warunków i słabych gleb. Mimo to w rolnictwie zatrudnionych jest aż ok. ¾ zawodowo czynnych mieszkańców. Zdecydowana większość produkcji rolnej jest eksportowana. Zaczyna rozwijać się przemysł przetwórczy oraz usługi. Rośnie znaczenie turystyki, ale ta jest w pełni uzależniona od stanu bezpieczeństwa wewnętrznego. Najmniejsze zawirowania polityczne powodują, że biura podróży przestają oferować wyjazdy do tego kraju, co natychmiast odbija się na ludności zamieszkującej turystyczne regiony. Niestety ludzie bogaci stanowią znikomy procent społeczeństwa i bardzo często są to przedstawiciele innych narodów, np. Hindusi lub Brytyjczycy. Produkt krajowy brutto przypadający na głowę mieszkańca jest ponad 12 razy mniejszy niż w Polsce.

W pomoc w Afryce zaangażowanych jest bardzo dużo organizacji międzynarodowych, które są niezwykle rozbudowane, z ogromnymi kosztami funkcjonowania, które pomagają głównie JAKIMŚ DZIECIOM, GDZIEŚ W AFRYCE. To, co odróżnia naszą Fundację Kenya Asante Sana Polska od innych tego typu organizacji, to fakt, że my pomagamy konkretnym ludziom, z dwóch konkretnych wiosek (Mwabungu i Biga) oraz dzieciom uczącym się w dwóch konkretnych szkołach (Galu Primary School oraz Madago Primary & Secondary School). Naszych podopiecznych można poznać dzięki stronie internetowej www.pomagamywkenii.org.pl oraz dzięki stronie na portalu społecznościowym Facebook. Nie jesteśmy jedynymi w Polsce, którzy są zaangażowani w pomoc w Kenii, czy Afryce, wiele placówek takich jak: szkoły, internaty, sierocińce, kliniki, a nawet szpitale, jest prowadzonych tam na miejscu przez misje katolickie. W Polsce działa też wiele różnych fundacji oraz stowarzyszeń, które na różny sposób organizują pomoc dla mieszkańców w Kenii, z większością z nich jesteśmy w kontakcie. Jest też co najmniej kilka osób prywatnych, które od lat organizują pomoc dla i w Kenii, nie można tutaj nie wspomnieć o: byłym już pracowniku naukowym Pawle Huku, aktorze Antonim Pawlickim oraz Szymonie Hołowni – dziennikarzu i publicyście.

Dzięki dwóm zaufanym Kenijczykom, którzy tam na miejscu pracują dla nas, mamy pełną kontrolę nad tym jak jest realizowana nasza pomoc. Codzienny kontakt przez Internet pozwala nam na wymianę informacji oraz zdjęć i nawet krótkich filmików, a także na koordynację działań. Znamy potrzeby oraz marzenia mieszkańców „naszych wiosek”, a najczęstszym marzeniem dzieci oraz ich rodziców jest możliwość uczęszczania do szkoły. Posiadanie ołówka jest poczytywane jako szczęście, pamiętam sytuację, gdy podczas jednego z naszych pobytów w wiosce podeszła do nas dziewczynka i chciała żeby jej zrobić zdjęcie, ale co ważne … z ołówkiem, który dumnie prezentowała. Często całe rodziny decydują się płacić za naukę dziecka/dzieci kosztem głodu – nie jedzą, ale posyłają dzieci do szkoły, bo mają świadomość, że wykształcenie jest dla nich szansą na lepsze życie w przyszłości. Jedno ze zdań w książce p.t. „Heban” Ryszarda Kapuścińskiego, które mnie poraziło i wciąż poraża mówi o tym, że dzieci w Kenii bardzo szybko zaczynają rozumieć, iż nie należy prosić o drugi posiłek tego samego dnia … Tam, gdzie byliśmy spotkaliśmy nie jedno głodujące dziecko, tam widzieliśmy całe głodujące wioski. Solidarność mieszkańców wioski jest tak ogromna, że nawet w okresie głodu potrafią dzielić się tym, co mają, pomimo, że jest tego niewiele. Jednocześnie pomimo głodu, biedy, braku perspektyw i bardzo trudnych warunków życia ludzie Ci są niezwykle serdeczni, pogodni i życzliwi. Nie mają prawie nic, a potrafią podarować tak wiele. Za każdym razem wywierają na mnie ogromne wrażanie i nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć ich nieustającej pogody ducha. Spotykaliśmy, dziesiątki, setki ludzi, którzy bardzo serdecznie nas pozdrawiali, uśmiechali się do nas i co ważne, wbrew temu co niektórzy opowiadają, nikt nie wołał od nas pieniędzy. Przemierzyliśmy pieszo wiele, wiele kilometrów, przechodziliśmy przez wiele osad, mijaliśmy pojedyncze domy w środku buszu, zawsze byliśmy entuzjastycznie pozdrawiani i nikt, literalnie NIKT, nie poprosił nas o pieniądze. Wiemy, że takie sytuacje mają miejsce, ale głównie w tzw. „plastikowych wioskach” z tak zwanymi „Plastic Massais”. Wioski te przygotowane są specjalnie dla turystów, stanowią swego rodzaju skansen, zaś ich mieszkańcy nie mają nic wspólnego z „true kenyan life” i należy omijać je szerokim łukiem. Niestety, żeby poznać „true kenyan life” trzeba wyjść z hotelowego basenu, opuścić zadbany, tonący w zieleni, ogrodzony wysokim murem i strzeżony przez wynajętych ochroniarzy teren i pójść w busz i trzeba tam wybrać się nie jeden raz, nawet nie dwa razy, ale więcej, bo dopiero wtedy można liczyć, że zdobędzie się zaufanie lokalnych mieszkańców. Ci którzy twierdzą, że zdobyli zaufanie Kenijczyków, bo raz, czy dwa razy kupili od nich kokosowego pączka albo przesiedzieli w ich tzw. „small restaurant” pół godziny są w błędzie. Zaufania nie zdobywa się tak łatwo, na to potrzeba czasu. Jestem przekonany, że po blisko dwóch latach znajomości mogę śmiało nazwać nasze relacje przyjaźnią opartą na wzajemnym zaufaniu. Teraz, podczas naszego najbliższego pobytu w Kenii, na przełomie sierpnia i września, będziemy mieli okazję (zaszczyt?) spotkać się z tzw. Chairman’em, czyli wodzem wioski Mwabungo, w której pomagamy.

Ludzie często próbują udowodnić nam, że pomoc w Kenii nie jest potrzebna, a jeśli już, to należy dać im „wędkę, a nie rybę”. No cóż, ci, którzy tak mówią, albo tam nie byli i nie wiedzą jak tam jest, albo byli, ale nie potrafili dostrzec tego, co ich otaczało (może poza krajobrazami) – prześliznęli się po pięknych plażach, zjedli po kilka pączków kokosowych oraz czapati, napili się mleczka kokosowego, niewiele zaobserwowali i jeszcze mnie z tego zrozumieli. Małe wprowadzenie w temat „wędki i ryby”. Na Dzień Dziecka Afrykańskiego zakupiliśmy dla wioski Mwabungo 6 piłek. Wioska liczy ok. setki dzieci w różnym wieku i miały one dotychczas tylko dwie piłki: jedną piłkę mocno zużytą oraz drugą „piłkę-gałgankę” wykonaną z różnych starych szmat powiązanych sznurkiem. Radość z piłek, które otrzymali byłą przeogromna, wprost trudna do opisania. Kiedy jednak miesiąc później nastał w wiosce straszny głód, w wyniku suszy, trudnej sytuacji politycznej oraz podwyżki cen żywności o 200%, dzieci nie wstawały z łóżek, nie chodziły do szkoły, bo nie miały na to siły, nie wspomnę już, o graniu w piłkę. Teraz wrócę do „wędki i ryby”. Pracę i pomoc w takich miejscach najczęściej trzeba zaczynać od ratowania zdrowia, a nawet życia, później trzeba: głodnych nakarmić, ludziom oddać ich godność, a dopiero na końcu jest czas i sens dać wędkę. Można, nawet trzeba, mądrze dawać rybę, bo wędkę trzeba mieć siłę utrzymać. Dopóki osoby podpowiadające dawanie „wędki, a nie ryby” nie zrozumieją absurdu swojej propozycji, dopóty trudno będzie z nimi rozmawiać na temat racjonalnej pomocy. Potwierdzają to zgodnym głosem wszyscy, którzy chociaż przez chwilę pomagali gdzieś w ubogim kraju. Nie twierdzę, że my wiemy jak to robić najlepiej, mamy za to stały, codzienny, kontakt z ludźmi żyjącymi w tamtej rzeczywistości na co dzień. Na bieżąco możemy reagować na wszystkie złe zdarzenia. Jesteśmy też w stanie monitorować jak wykorzystywana jest nasza (również Wasza) pomoc. To nie znaczy, że nasze wsparcie nie będzie ewaluowało, głęboko wierzymy, że kiedyś niektórzy z nich staną mocno na swoich własnych nogach i będą potrafili organizować pomoc dla swoich bliskich i sąsiadów. Naszą rolą będzie wtedy pomoc rozwojowa, czyli wędka.

dr inż. Robert Wł. Bauer - Wiceprezes Fundacji

Warszawa, dn. 08 sierpnia 2017 roku

Tutaj istnieje możliwość skomentowania powyższego tekstu na portalu społeczniościowym Facebook.

Partnerzy